IndeksCalendarGalleryFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Fragment Kuszonej

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Wynter
Admin
avatar

Liczba postów : 37
Wiek : 97

PisanieTemat: Fragment Kuszonej   Sro Cze 15, 2011 10:13 am

Fragment "Kuszonej" :

— Słuchajcie no, wy dwaj. Powiem to tylko raz: zachowujcie się! — Stevie stanęła naprzeciw Erika i Heatha i gapiła się na nich spode łba, trzymając dłonie na biodrach.
— Dallas! — wrzasnęła, nie odrywając od nich wzroku.
Chłopak podbiegł do niej w mgnieniu oka.
— Co jest, Stevie Rae?
— Zawołaj Johnny’ego B. Niech weźmie Heatha i sprawdzi, czy przed opactwem, od strony Lewis Street, nie ma żadnych Kruków Prześmiewców. Ty i Erik przeszukajcie południową stronę, a ja przejdę się wzdłuż szpaleru drzew przy Dwudziestej Pierwszej.
— Sama? — zapytał Erik.
— Tak, sama! — fuknęła zniecierpliwiona. — Zapominasz, że wystarczy mi tupnąć, żeby ziemia pod tobą zadrżała? Mogę cię też podnieść i tak tobą rzucić, że sobie obijesz ten swój durny zazdrosny tyłek. Więc chyba przeszukać drzewa też potrafię.
Stojący obok niej Dallas parsknął śmiechem.
— Myślę, że czerwona wampirka z darem komunikacji z ziemią ma wyższą wartość niż niebieski wampir.
Heath prychnął, a Erik oczywiście się nastroszył.
— Spokój! — rzuciła groźnie Stevie Rae, nie czekając, aż zaczną się okładać pięściami. — Jeśli nie potraficie powiedzieć nic miłego, to się po prostu zamknijcie!
— Wołałaś mnie, Stevie? — odezwał się Johnny B., podchodząc do dziewczyny. — Spotkałem Dariusa, jak niósł tego gościa od łuku do opactwa. Mówił, żebym do ciebie przyszedł.
— Tak — odparła z ulgą Stevie Rae. — Chcę, żebyś razem z Heathem przeszukał teren przed opactwem od strony Lewis. Sprawdźcie, czy wszystkie kruki się wyniosły.
— Nie ma sprawy! — rzucił Johnny B., udając, że szturcha Heatha w ramię. — Chodź, piłkarzu, sprawdzimy, co się święci.
— Zwracajcie uwagę na drzewa i wszystkie ciemne miejsca — powiedziała Stevie, kręcąc głową na widok Heatha, który uchylił się, a potem dał Johnny’emu parę szybkich szturchańców.
— Jasne — mruknął Dallas i zaczął się oddalać w towarzystwie milczącego Erika.
— Pospieszcie się! — zawołała Stevie za oboma parami chłopaków. — Niedługo wzejdzie słońce. Spotykamy się przed grotą za jakieś pół godziny. Jak coś znajdziecie, zawołajcie głośno, to wszyscy przybiegniemy.
Przez chwilę spoglądała za nimi, by się upewnić, że idą tam, dokąd ich wysłała, a potem odwróciła się i z westchnieniem ruszyła do swojego rewiru. O rany, jak oni ją wkurzali! Uwielbiała Zo bardziej niż kogokolwiek na świecie, ale to ciągłe poskramianie jej facetów było już ponad jej siły. Kiedyś uważała Erika za najatrakcyjniejszego chłopaka w szkole, lecz po kilku dniach w jego towarzystwie stwierdziła, że to zwykły palant z przerośniętym ego. Heath z kolei był słodki, Zo jednak miała rację, obawiając się o jego bezpieczeństwo: w końcu był tylko człowiekiem, a ludzie bez wątpienia umierają łatwiej niż wampiry czy nawet adepci. Obejrzała się przez ramię, usiłując dostrzec Johnny’ego, tyle że lodowata ciemność i drzewa zupełnie jej przesłaniały widok.
Szczerze mówiąc, nie miała nic przeciwko odrobinie samotności. Wiedziała, że Johnny B. przypilnuje Heatha, a sama czuła ulgę, że na jakiś czas ma z głowy jego i zazdrosnego Erika. Zachowanie tej dwójki pozwoliło jej docenić Dallasa, który był prostym, zwyczajnym chłopakiem. I w pewnym sensie j e j chłopakiem. Coś ich łączyło, ale to w niczym nie przeszkadzało. Dallas wiedział, że Stevie ma mnóstwo spraw na głowie, i nie wtrącał się. A kiedy chciała od tego wszystkiego odpocząć, zawsze był przy niej. Słowem — chodzący ideał. A przy tym normalny gość.
„Zo mogłaby się ode mnie czegoś nauczyć, jeśli chodzi o postępowanie z facetami” — pomyślała, przedzierając się przez zagajnik otaczający Grotę Maryjną i odgradzający teren opactwa od ruchliwej Dwudziestej Pierwszej Ulicy.
Jedno było pewne — pogoda niewiele się poprawiła. Stevie nie uszła nawet dziesięciu kroków, a już jasne loki miała kompletnie zmoczone. Do licha, nawet z nosa kapała jej woda! Wierzchem dłoni otarła twarz z zimnej mieszanki deszczu i lodu. Wszystko było dziwacznie ciemne i ciche, a do tego przerażające, bo na Dwudziestej Pierwszej nie paliła się ani jedna latarnia. Ulicą nie przejeżdżały żadne samochody — nawet patrolowe wozy policji. Stevie pośliznęła się i zsunęła z nasypu na drogę, zachowując orientację jedynie dzięki wyjątkowo ostremu wzrokowi czerwonej wampirki. Wyglądało na to, że uciekając, Kalona zabrał ze sobą całe światło i dźwięk.
Odgarnęła z twarzy przemoknięte włosy i wzięła się w garść. „Zachowujesz się jak głupi tchórzliwy kurczak” — ofuknęła się na głos i jeszcze bardziej zdenerwowała, kiedy własne słowa wróciły do niej dudniącym echem, jakimś cudem wzmocnione przez lód i mrok.
Czego ona, u licha, tak się bała? „Może wszystko przez to, że ukrywasz coś przed przyjaciółką” — mruknęła i zaraz zasłoniła sobie usta dłonią, bo słowa znów rozniosły się hałaśliwie w lodowatej ciemności nocy.
Zamierzała opowiedzieć Zoey o wszystkim. Naprawdę! Po prostu nie było kiedy. Poza tym Zo miała zbyt dużo problemów, żeby dokładać jej kolejne. I w dodatku… w dodatku… w dodatku trudno było o tym rozmawiać nawet z nią.
Stevie Rae kopnęła złamaną zlodowaciałą gałąź. Wiedziała, że musi pogadać z Zoey niezależnie od trudności, jaką jej to sprawi. I zrobi to. Później. Być może znacznie później.
Na razie lepiej się skupić na teraźniejszości.
Mrużąc oczy i osłaniając je dłonią przed ukłuciami mroźnego deszczu, zaglądała pomiędzy gałęzie drzew. Mimo ciemności i burzy widziała całkiem nieźle i z ulgą stwierdziła, że nad jej głową nie czają się żadne mroczne stwory. Idąc poboczem Dwudziestej Pierwszej, bo tak było łatwiej, oddalała się od opactwa, cały czas spoglądając w górę.
Wyczuła to dopiero przy samym płocie odgradzającym posiadłość zakonu od sąsiadującej z nią elitarnej wspólnoty mieszkaniowej.
Krew!
Zły rodzaj krwi.
Zatrzymała się i niuchała w powietrzu jak zwierzę, wdychając mokry stęchły zapach pokrywającego ziemię lodu, rześki cynamonowy aromat zimowych drzew i sztuczną nutkę asfaltu pod stopami. Ignorując wszystkie te wonie, skupiła się na krwi. Nie była to krew człowieka czy nawet adepta, więc nie pachniała jak słońce i wiosna, miód i czekolada, miłość i życie — nie pachniała jak wszystko, o czym kiedykolwiek marzyła Stevie Rae. Była zbyt mroczna, zbyt gęsta, zbyt mocno przesycona czymś nieludzkim. A jednak była to krew, toteż przyciągała wampirkę mimo świadomości jej niewłaściwego charakteru.
Pachniała czymś dziwnym, egzotycznym, jakby z innego świata. Podążając za tą wonią, Stevie dotarła do pierwszych karmazynowych plam, które w burzowej ciemności przedświtu nawet jej sokoli wzrok zarejestrował jedynie jako kałuże na lodzie pokrywającym drogę i trawę. Ale Stevie Rae wiedziała, że to krew. Mnóstwo krwi.
Nie należącej ani do zwierzęcia, ani do człowieka.
Ścieżka płynnej ciemności wsiąkała w głąb lodowej pokrywy, gęstniejąc w miarę oddalania się od ulicy i znikając w najgłębszej części zagajnika za opactwem.
Odnalazła go w końcu pod jednym z największych drzew, skulonego pod olbrzymim, świeżo złamanym konarem, jakby dowlókł się tam, by skonać w ukryciu.
Przeszył ją dreszcz przerażenia. Patrzyła na Kruka Prześmiewcę.
Był gigantyczny. Większy, niż on i jego bracia wydawali się z daleka. Leżał na boku ze wspartą o ziemię głową, więc nie widziała dobrze jego twarzy, ale ogromne skrzydło było ewidentnie złamane, a ludzka ręka dziwnie wygięta i skąpana we krwi. Nogi, także ludzkie, miał podkurczone do pozycji embrionalnej. Pamiętała, że Darius strzelał do kruków, gdy wraz z Zo i resztą uciekinierów pędził wzdłuż Dwudziestej Pierwszej. Najwyraźniej i tego zestrzelił.
— Cholerka — mruknęła pod nosem Stevie. — Musiał spaść z bardzo wysoka.
Otoczyła usta rękoma, by zawołać Dallasa i pozostałych chłopaków i kazać im wytaszczyć stąd to ciało, gdy nagle Kruk Prześmiewca drgnął i otworzył oczy.
Zamarła. Przez chwilę wpatrywali się w siebie. Czerwone oczy kruka rozszerzyło zdumienie, dzięki czemu wyglądały w ptasiej twarzy niewiarygodnie ludzko. Stevie instynktownie przykucnęła, unosząc ręce w obronnym geście, gotowa wezwać ziemię, by dodała jej sił.
Wtedy kruk przemówił.
— Zabij mnie. Skończ to — wycharczał.
Głos też miał ludzki. Kompletnie oszołomiona dziewczyna opuściła ręce i zatoczyła się do tyłu.
— Ty umiesz mówić! — wyrwało jej się.
Kruk wtedy zrobił coś, co wstrząsnęło nią do głębi i na zawsze zmieniło jej dalsze życie: roześmiał się.
Oschły sarkastyczny rechot szybko przeszedł w jęk, ale jednak niewątpliwie był śmiechem i nadał jego słowom ludzki wymiar.
— Owszem — wychrypiał stwór, walcząc o oddech. — Mówię. Krwawię. Umieram. Zabij mnie i niech to się skończy. — Usiłował usiąść, jakby nie mógł się doczekać spotkania ze śmiercią. Krzyknął z bólu, niepokojąco ludzkie oczy uciekły mu w głąb głowy i zwalił się nieprzytomny na zmarzniętą ziemię.
Stevie Rae instynktownie podbiegła do niego, nim zdążyła się zastanowić, co robi. Zawahała się tylko na moment. Kruk opadł twarzą do ziemi, więc bez trudu odsunęła skrzydła i chwyciła go pod pachami. Był naprawdę wielki, przygotowała się zatem, że będzie też ciężki, ale nie — był tak leciutki, że bez najmniejszego problemu wlokła go w pojedynkę, podczas gdy jej umysł wrzeszczał jak opętany: „Co ty, do diabła, robisz?”.
Właśnie — co ona robiła?
Nie wiedziała. Wiedziała jedynie, czego nie zrobi — nie miała najmniejszego zamiaru zabić Kruka Prześmiewcy.

Przełożyła z angielskiego Iwona Michałowska-Gabrych
Powrót do góry Go down
 
Fragment Kuszonej
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Ulubione Książki :: Dom Nocy-P.C i Kristin Cast-
Skocz do: